Rajd po Kaszubach 10/12 sierpień 2015.

Cień.
Ja i mój ziom.

Mikrowyprawa po Kaszubach.


Ja i mój ziomal długo czekaliśmy na ten wypad. Początkowo plan był taki, że w poniedziałek rano wskakujemy w auto, jedziemy nad rzekę Wdę i tam łazimy. Niestety plan poszedł w odstawkę bo samochód nam się skończył i wyruszyliśmy dopiero po południu. Trzeba było improwizować, więc postanowiliśmy sprawdzić ile kilometrów damy radę przemierzyć pieszo przez 5 dni z plecakami ważącymi około 25 kg.
Marsz miał być na wzór ewakuacji z miasta.
Wyruszyliśmy z Kowal (gm. Kolbudy) ok. godziny 13.00 i poszliśmy w stronę Kolbud. Droga była prosta i trochę nudna dlatego w Kolbudach postanowiliśmy zanurzyć się w las, później dojść do kanału Raduni i iść jej prawą stroną w kierunku Łapina.
Ok godziny 17.00 czasu lokalnego stwierdziliśmy, że trzeba rozejrzeć się za jakimś miejscem na założenie obozu. Znaleźliśmy fajną miejscówę w wąwozie, zakrytą ze wszystkich stron drzewami i blisko wody. Decyzja zapadła. Tu zostajemy!
Po wstępnym wypakowaniu majdanu i sięgnięciu po napój energetyczny zwanym "napojem bogów" okazało się, że pomimo zastosowanej chemii kilka (miliony) małych zasrańców zwanymi kleszczami usilnie chce nam odgryźć nogi.
Jak prawdziwi preppersi zarządziliśmy ekspresową ewakuację. Zwinęliśmy nasz niedoszły obóz i dalej udaliśmy się w poszukiwaniu "pokoju" w tym wielkim "hotelu".
Po godzinie 18.00 dotarliśmy na małą polankę umiejscowioną przy elektrowni "Zameczki Wodne". Tu kleszczy nie było więc rozbiliśmy namioty, zjedliśmy, umyliśmy się, podziwialiśmy przyrodę, a potem poszliśmy w kimę. Ryb nie łowiliśmy, gdyż był zakaz łowienia w pobliżu tamy, poza tym ryby wcale nie brały.;)

Rano wstaliśmy o g. 6.00, wyciągnęliśmy sobie po cztery kleszcze, które się jednak przedarły przez barierę ubrań i chemii. Spakowaliśmy graty i poszliśmy dalej w górę Raduni. Idąc wzdłuż rzeki doszliśmy do kładki na wysokości miejscowości Widlino, przez którą się przeprawiliśmy na zachodni brzeg rzeki i poszliśmy w stronę jeziora Łapińskiego. Upał był straszny, więc zażyliśmy w w/w jeziorze orzeźwiającej kąpieli aby dalej podążyć jego południowym brzegiem w stronę wsi Czapielsk. Oczywiście przez długość jeziora nie udało nam się przejść, gdyż niektórzy właściciele ziemscy art. 27 prawa wodnego, który zabrania grodzenia nieruchomości przyległych do powierzchniowych wód publicznych w odległości mniejszej niż 1,5 m od linii brzegu, a także zakazywania lub uniemożliwiania przechodzenia przez ten obszar mają w głębokim poważaniu. 
Ominęliśmy odgradzających się od reszty świata obszarników i wzdłuż rzeczki Reknica poszliśmy w stronę jeziora Zrąbsko, a następnie do jeziora Głębokie, gdzie uzupełniliśmy wodę, zjedliśmy, umyliśmy się i zostaliśmy na noc.
Niektórzy dziwnie na nas patrzyli kiedy braliśmy z jeziora wodę do picia, ale co z tego, że wszyscy tam sikają? My też tam sikaliśmy!:) Ważne żeby wiedzieć jak tą wodę uzdatnić.
Niestety, w międzyczasie dostaliśmy wiadomość, że musimy na następny dzień być w GdańskuTak więc szliśmy spać z niezbyt tęgimi minami.

W nocy na kąpielisko robiąc rykowisko przyjechali jacyś autochtoni i zaczęli się kąpać. To spowodowało, że rano niewyspani wytoczyliśmy się z naszych apartamentów i średnio przytomni przyjęliśmy azymut na Przywidz. W Przywidzu podjechał do nas jakiś gość i zapytał czy nie wiemy gdzie jest ulica Kwiatowa. Zaczęliśmy się zastanawiać czy wszyscy mieszkańcy Przywidza chodzą mając na grzbietach plecaki 65 l pojemności skoro pomylił nas z nimi.:)
Na koniec, czekając na PKS podeszło do nas dwóch członków plemienia "czerwone twarze", którzy usilnie chcieli nas uraczyć wiśniowym trunkiem. Po miejscowym rytuale "wymiany grzeczności" zapakowaliśmy się do autobusu i wróciliśmy do domu.
KONIEC!

W plecaku tachałem:

  1. nóż Mora,
  2. kuchenka wojskowa i paliwo turystyczne,
  3. kubek,
  4. manierka i menażka,
  5. niezbędnik,
  6. tabletki chlorowe do uzdatniania wody,
  7. coś do ubrania na noc,
  8. ubrania na dzień,
  9. szczoteczka i pasta do zębów,
  10. mydło,
  11. ręcznik,
  12. chusteczki nawilżane,
  13. apteczka,
  14. latarka,
  15. osełka do noża,
  16. zapalniczka taktyczna,
  17. krzesiwo,
  18. namiot,
  19. karimata,
  20. śpiwór,
  21. saperka,
  22. żarcie.
W sumie przeszliśmy ponad 38 kilometrów z 25-cio kilogramowym obciążeniem na plecach w ponad 35-cio stopniowym upale.
Doświadczenie to pokazało, że w przypadku eksodusu z miasta dorośli są w stanie uciec, natomiast przyjmując założenie ucieczki z rodziną (z dziećmi) lepiej przygotować jakiś pojazd bo w przybliżonych warunkach raczej daleko nie uciekniemy. Jak powiedział klasyk "kto ma auto ten ma lżej".
W upale raczej mało się je, a więcej pije, więc 2/3 jedzenia przywiozłem z powrotem do domu, dlatego przygotowując swój Zestaw Ucieczkowy powinniśmy dostosować ilość i jakość żywności m.in. do panującej pory roku.

Skromna galeria z wypadu.
elektrownie
Elektrownia "Zameczki Wodne".
elektrownia
Elektrownia "Zameczki Wodne".
camping
Nasz pokoje w hotelu.
Nasza "szama".
szlak
Szlak którym podążaliśmy.
grzyby
Takie grzyby rosły.
Radunia.
Radunia.
I znowu Radunia.
zielony szlak
Miejscami było pięknie.
Kładka przez Radunię.
Kładka przez Radunię.
Wschód słońca.
Poranek ostatniego dnia wędrówki.
Jezioro Głębokie.
Jezioro Głębokie.
Przywidz.
W oczekiwaniu na dyliżans.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę komentuj. Zostaw po sobie jakiś ślad.