Obszar Warowny "Śląsk".

Obszar Warowny "Śląsk".


Parę dni temu mój kumpel postanowił zrobić mi niespodziankę. Wykorzystał sytuację i przy okazji kibicowania na meczu hokeja stworzył artykuł specjalnie dla mnie.


Obszar Warowny "Śląsk".


Podczas pobytu na śląsku z okazji 15 Mistrzostw Polski Amatorów w hokeju na lodzie ,
odbywających się w Bytomiu, miałem niewątpliwą przyjemność zwiedzić mały odcinek ciągnącego się na 60 kilometrów Obszaru Warownego Śląsk. Linia OWŚ zaczyna się na północy
w rejonie Sączowa,a na południe sięga aż pod Pszczynę. My (towarzyszyła mi przesympatyczna Pani Monika, autorka zdjęć) za cel pieszej ekspedycji, obraliśmy sobie okolice Piekar Śląskich.
Wędrówkę rozpoczęliśmy w okolicach kopalń "Wit Stwosz" i "Karol", gdzie mieścił się nasz hotel/
zajazd "Karlik", czyli rogatki Radzionkowa.
Droga wiodła nas niedaleko folwarku Donnersmarck'ów. Kimkolwiek byli owi ludzie, nas interesował kierunek Namiarki, czyli wzgórze 310.
Mijając Szarlej (dzielnica Piekar ), centrum oraz okolice kopalni "Julian II",dotarliśmy do rzeki "Szarlejki", którą pokonaliśmy przechodząc po kolektorze ściekowym na drugą stronę.
Stąd już rzut beretem do wspomnianego wcześniej wzgórza. "Nasze" wzgórze 310 znajdujące
się na terenie gminy Bobrowniki, jest jednym z najciekawszych i najsilniej nasyconych schronami odcinków OWŚ. Wzgórze okala od zachodu kolano rzeki Brynicy, co w założeniu stanowiło doskonałe miejsce obrony przed najeźdźcą. Od wschodu doskonały wgląd w przedpole, a także hydrotechniczne możliwości zalania dużych terenów, uniemożliwiające przedarcie się wojsk pancernych. Żadne z w/w właściwości punktu oporu "Bobrowniki" nie zostały wykorzystane w walkach obronnych. Na rozkaz dowódcy Armii Kraków Antoniego Szyllinga, opuszczono linie obronne w nocy z 2 na 3 września ze względu na możliwość okrążenia. Swoją drogą ciekawy jestem co Pan generał robił 1 i 2 skoro dopuścił do takiej sytuacji, że trzeba było się wycofywać z nazywanej przez wielu "Polskiej linii Maginota" tak szybko.

Chwilę po zwiedzeniu bunkrów po zachodniej części Namiarek, musieliśmy odpuścić wschodnią część umocnień ze względu na poganiający nas czas i cel główny czyli Muzeum Fortyfikacji schron bojowy nr 52 Wesoła.
Przeprawa przez Brynice kładką, spacer przez osiedle Wieczorka, Józefka to kolejne punkty nawigacyjne na trasie do muzeum, opisane przez przemiłe Panie lokaleski, które chwilę wcześniej pozwoliły nam pooglądać schron znajdujący się na ich posesji.
Za Józefką na drodze z Kozłowej Góry do Dobieszowic napotkaliśmy na rzece Brynicy tamę zalewową. Powstała ona w 1936 roku i jako obiekt wojskowy przygotowana była do wysadzenia w powietrze. Po wschodniej stronie tamy bez trudu odnaleźliśmy jednoizbowy schron/wartownię, służący do bezpośredniej obrony obiektu. Po oględzinach i wykonaniu dokumentacji fotograficznej przez Panią Monikę ( a kto to jest Monika? ;-) udaliśmy się prosto do schronu nr 52.
Pomimo że obiekt jest czynny od 1 czerwca (byliśmy w kwietniu) spotkaliśmy na miejscu fantastycznych ludzi ze stowarzyszenia "Pro Fortalicium", którzy praktycznie za własne pieniądze nie licząc datków, opiekują się, odnawiają, oprowadzają wycieczki i są po prostu zajebiści :-)
Po chwili rozmowy kolega z żoną zaproponował, że nas oprowadzą po schronie, na co przystaliśmy z radością bo przecież było zamknięte.
Trochę o schronie (w cudzysłowie tekst Pana Marka Wacławczyka z ulotki Stowarzyszenia Pro Fortalicium: "Obiekt został zbudowany 1937 roku. Załoga liczyła około 16 żołnierzy.Strop na schronie ma grubość 1,5 metra, a ściana przednia 1,75 metra. Uzbrojenie składało się z trzech ciężkich karabinów maszynowych, dwóch w bocznych strzelnicach,oraz jednego w kopule bojowej. Przed schronem stoi kolejna kopuła pancerna, uratowana przed kradzieżą z obiektu dowodzenia znajdującego się w Sączowie. Waży ona 18 ton, a grubość ściany wynosi 170mm".
Po zwiedzeniu tego pięknego obiektu zostaliśmy obdarowani pamiątkowym kubkiem stowarzyszenia, jak i falą love and peace :-). Prawie nas zmuszono do konsumpcji kiełbasek z ognicha i symbolicznego piwka. Niestety czas ograniczony turystyką pieszą nakazywał nam zachowanie rozwagi i podróż powrotną. Wspomniany prze zemnie kolega zawiadowca schronu, nie mógł wyjść z podziwu, że my z Radzionkowa przybyliśmy na piechotę i za wszelką cenę chciał załatwić nam transport powrotny (w moim mniemaniu to był rzut beretem dwa razy).
Po wymianie numerów telefonów musieliśmy się niestety odmeldować i wracać w kierunku Radzionkowa. Trochę inną drogą i bardziej zurbanizowanym terenem dotarliśmy w końcu do hotelu. Cała trasa miała około 30 kilometrów, a ja przez kamyczek w bucie myślałem, że o 5 kilometrów więcej...
Drogę szacowałem zmęczeniem stóp :-D


tekst: Cichy
foto: a kto to jest Monika?

























































Dzięki Cichy.
Dzięki Monika.

ps Cichy a kim jest Monika? ;-)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę komentuj. Zostaw po sobie jakiś ślad.