Survival po mojemu.

sztuka przetrwania
W wielu publikacjach możemy się spotkać z różnymi definicjami słowa survival, oczywiście nie twierdzę, że one są błędne, ale ja mam swoje określenie, które brzmi - RWD, czyli Ratuj Własną Dupę. Ja nie rozgraniczam survivalu na sportowy, miejski, leśny, wiejski, czy szuwarowo-błotny ;-) 
Survival to nie wyjście do lasu na dzień czy dwa, a kiedy będzie nam źle to w każdej chwili możemy wrócić do domu czy zadzwonić po taksówkę.
Dla mnie survival to walka o przetrwanie w ekstremalnych sytuacjach, a te najczęściej występują nagle, w najmniej sprzyjających okolicznościach na wodzie, na lądzie, czy w górach. Człowiek będący w nagłej i ekstremalnej sytuacji toczy walkę z czasem i o czas, walczy z własnymi słabościami, stosuje zdobyte wcześniej wiedzę i umiejętności stawiając czoło wszelkim przeciwnościom losu. Resztę według mnie możemy nazwać bushcraftem.

Powiem szczerze, nigdy nie musiałem walczyć o przetrwanie. Nigdy nie byłem rozbitkiem na bezludnej wyspie ani nie spadłem z nieba w "stalowym ptaku" gdzieś na środku pustyni. Chociaż miałem parę dziwnych przygód to jednak nie uważam się za "przesurvivalowca". Znam (niekoniecznie osobiście) innych specjalistów zajmujących się tym zagadnieniem, czy też szkoleniem z zakresu technik przetrwania.
Ja swoją skromną wiedzę zacząłem zdobywać z książek i innych publikacji oraz tematycznych filmów, a zdobyte umiejętności wprowadzałem w życie w czasie wędrówek, czy podczas biwakowania. Jednak ciężko to nazwać survivalem. Ot zwykły outdoor czy jak kto woli bushcraft albo nazywając to po polsku - bytowanie na łonie natury. To po prostu jedno z moich hobby.

Wracając do RWD, to nie jest tak, że mamy dbać tylko i wyłącznie o siebie. Może kiedyś będziemy musieli zadbać także o swoich współtowarzyszy czy nawet o osoby zupełnie nam nieznane. Mając wiedzę nie bądźmy z tych, którzy obojętnie przechodzą obok czyjejś krzywdy.

"Nie czuję się mentorem. To wewnętrzny przymus robienia czegoś pożytecznego" - Lech Dyblik

12 komentarzy:

  1. Kiedyś przeczytałem (nie pamiętam gdzie), że standardowe wyjście do lasu w celu biwakowania to jest bushcraft(w dużym uprozczeniu). Gdy coś pójdzie nie tak, to wtedy zamienia się w survival. Coś w tym jest. Ja w latach 2002-2006 nazywałem to "zielonymi rekolekcjami". Nie iało to wydźwięku religijnego, ale wtedy to określenie bardzo pasowało. Z daleko od głównego nurtu cywilizacji, w ziemiankach lub pod namiotami grupa zgranych ludzi oczyszczała się psychicznie. Według mnie bushcraft, survival,outdor, prepping...Te dziedziny się zazębiają, każdy ma swoja definicję tych pojęć. Szkoda, że nie dorobiły się polskich odpowiedników. Chyba tylko bushcraft próbowało się określać puszczaństwem, niektórzy survival tłumacza jako samoratownictwo... Nie ma jednak szans by te sowa dorobiły się polskich odpowiedników. Szkoda. Aczkolwiek nie jestem tak ścisłym zwolennikiem spolszczania wszystkich zwrotów anglojęycznych. W sumie survival to nie tylko przeżycie skrajnych warunków, to może być codzienna egzystencja w trudnych codziennych warunkach (niska emerytura, skąpa wypłata i takie tam). Ale to już moja prywatna opinia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To fakt, że przeżycie przy emeryturze z ZUS, czy przy niektórych dochodach to prawdziwa sztuka przetrwania :-(
      Wracając do tematu to wydaje mi się, że słowo "survival" jest nadużywane, na zasadzie "idę na survival" ale gdy się zmęczę albo zadek mi zmarznie wrócę do domu i później powiem wszystkim "przezylem suvival". Też uważam, że survival zaczyna się tam gdzie coś, gdzieś nie pojdzie, ale tylko wtedy kiedy jest zagrożenie życia albo zdrowia. W innym przypadku to przygoda.

      Usuń
  2. Pełna zgoda z tym, co napisałeś.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardziej przychylam się do tego co mowi Tom Slav.w przypadku trudnych warunków,zafundowanych przez różne instytucje można użyć słowa wegetacja.....choć faktycznie to sztuka aby w takich warunkach poradzić sobie z sytuacją.Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Każdy ma prawo do swojej opini. Póki nie ma w słowniku dokładnego wyjaśnienia znaczenia, każdy może interpretować po swojemu, jeśli za bardzo nie odbiega to od źródłosłowa. Chociaż biorąc pod uwagę słowa Toma, że warunkiem survivalu jest zagrożenie zdrowia lub życia (też jest to dobre kryterium) to niemożliwość wykupienia koniecznych leków przez emeryta lub wybór typu - leki albo jedzenie, nie podlega już pod zagrożenie życia lub zdrowia? Oczywiście pomijam zupełnie tzw. ćwiczenia survivalu, bo to osobna kwestia. Ja na przykład na działce ćwiczę survival, ale nie przeżywam survivalu. Oczywiście w pełni popieram Toma, że słowo survival i jego pochodne są nadużywane. Ja "survival" miałem po pożarze w 2011, od tamtego czasu wszystkie moje pobyty na działce, wypady kilkudniowe w teren, były co najwyżej ćwiczeniami survivalowymi, survivalopodobnymi przygodami. Poza tym spodobało mi sie określenie "przeżyłem survival" - tak samo jak lubie określenia typu cofam się do tyłu i kupiłem masło z masła.

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam,

    Osobiście skłaniam się ku wolnej definicji, iż "survival" zaczyna się w chwili, gdy następuje skrajne załamanie naszej uporządkowanej rzeczywistości. Przeżycie i przetrwanie krytycznej sytuacji zagrażającej życiu bądź zdrowiu, to jest survival. Wojna, katastrofa, ciężki wypadek na odludziu. Tu kończy się outdoor, a zaczyna regularna walka o przetrwanie, bezkompromisowo, na noże, kamienie i wszystko co wpadnie nam w ręce.
    Survival, to bardzo szeroka płaszczyzna, stąd wiele nieporozumień wynikających z odmiennego punktu widzenia, do którego każdy ma święte prawo. Jednak, powiedzmy sobie szczerze, teza, jakoby wyjście na noc pod namiot do lasu oznaczała przeżycie "survivalu" możemy schować między bajki. Prowokowanie krańcowych okoliczności odbieram jako głupotę. Co innego znaleźć się w tych warunkach z zaskoczenia, kiedy nasza psychika nagle zderza się z faktami, co innego decydować na to świadomie, niejako w laboratoryjnych warunkach pod namiotem, z hamakiem, kuchenką i jedzeniem w plecaku. To jest outdoor lub bushcraft, jak kto woli.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę, że mamy podobny tok rozumowania. "Prowokowanie krańcowych okoliczności odbieram jako głupotę" - dobrze powiedziane.

      Usuń
  6. Jeszcze zależy jakie się sytuacje prowokuje... Jeśli celowo łamiemy sobie nogę to głupota jest bardzo łagodnym określeniem. Jeśli jednak pozwalamy sobie na kontrolowany, nie zagrażający życiu ani zdrowiu eksperyment, to podejmujemy ćwiczenia. Mamy świadomość, że możemy w każdej chwili eksperyment przerwać i wrócić do domu. W prawdziwym survivalu najprawdopodobniej takiej możliwości mieć nie będziemy. Więc może w skrócie napiszę to tak - dzięki imprezom outdorowym prepper może przygotować się na survival ;-). Ja w grudniu zrobiłem sobie delikatne ćwiczenia survivalowe na działce. Postanowiłem zostać w tamtych warunkach założony czas. Ale doskonale wiedziałem, że gdyby coś poszło nie tak - mam 6 km do domu. Z resztą... Obecnie nawet długiego pobytu na działce survivalem bym chyba nie nazwał. Mam tam wszystko, co niezbędne. Więc raczej byłoby to pogorszenie standardów. Chyba o to właśnie chodzi preppersom - by w kryzysowej sytuacji nie mieć survivalu z zaskoczenia ale postępować według wcześniej opracowanych procedur. Ja survivalowcem nie jestem, robię wszystko, by w moim życiu do survivalu nie doszło. Co najwyżej do pogorszenia standardów życia. Survival to ja miałem po pożarze w 2011. Styczeń a ja musiałem spać przy otwartym oknie, itd... Wszystkie moje pozostałe przygody były co najwyżej ćwiczeniami, eksperymentami. Chociaż w sumie na siłe nie będę używać słów survival, bushcraft, outdor... Ja po prostu biwakuję na działce, jeśli okoliczności mi na to pozwalają. Pozwala to w razie czego na takie przygotowanie, by faktycznie w sytuacji zagrożenia móc się tam wprowadzić na dowolnie długi okres. Jednak nie chciałbym by kiedykolwiek do tego doszło. Jestem wystarczająco zadowolony, że tą działkę mam, przyjemnie mi się tam biwakuje. To niejako moja polisa. Tak jak mam ubezpieczone mieszkanie od np. pożaru i daje mi to poczucie bezpieczeństwa. Ale nigdy bym pożaru nie chciał, by niejako skorzystać z ubezpieczenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, no raczej nikt by sobie soecjalnie kulasa nie łamał. Wiesz tu chodzi np o pójśce w góry bez ekwipunku itp

      Usuń
    2. A w tym ujęciu to faktycznie głupota, brak wyobraźni i totalne zaprzeczenie survivalu, bushcraftu, outdoru, Talmudu, Pisma Świętego, zasad Strażnicy, Ewangelii i wszystkiego. Dobre postępowanie by załapać się na nagrodę Darwina.

      Usuń
  7. Wiesz Tom tak myślę że w tych wszystkich definicjach survivalu znaleźliby się również ci co wybrali się nad Morskie Oko i nie potrafi zejść asfaltową drogą do parkingu.
    Czy to było prowokowane, nie. Czy sytuacja ich przerosła, tak.
    Nie zmienia to faktu, że na 4h marszu wybierać się dwie godziny przed zachodem słońca w nieznanym sobie terenie to jest skrajny debilizm ale to już inna para kaloszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym Morskim Okiem to uważam, że towarzystwo po prostu było zbyt leniwe i zadzwonili po pomoc bo nie chciało im się chodzić. Jak weszli na górę to trasę poznali i mieli świadomość, że trudności z zejściem nie ma bo to droga a nie jakaś przepaść. Kiedy policja zaczęła legitymować uczestników tej wycieczki to raptem większość jej uczestników pomaszerowała dalej i już im nie przeszkadzała ciemność, zimno, odległość...

      Wiesz, to tylko moja definicja survivalu. Ja z reguły niczego nikomu nie narzucam tylko przedstawiam swój światopogląd. Każdy ma swój rozum i niech działa zgodnie ze swoim sumieniem.

      Usuń

Proszę komentuj. Zostaw po sobie jakiś ślad.